Zamknij
REKLAMA

Obiecali, że mnie zwolnią, jak powiem wszystko

12:11, 06.02.2019 | Magdalena Skowrońska
REKLAMA

Obiecali, że mnie zwolnią, jak powiem wszystko Stamtąd się już nie wychodziło, to był obóz zagłady. Dla obrony życia nigdy nie zapominałam, co mówiłam. Stanisława Łypaczewska, krotoszynianka, pracowała przy produkcji broni dla niemieckiej armii. Nie uważa, że za kolczasty drut trafiało się za nic. – To nie to, że ja za nic siedziałam. Mówią, że za nic brali, wcale nieprawda. Zajmowałam się polityką, to mnie wsadzili do obozu. Nie warto być patriotą, bo się za to dużo płaci. Ale zawsze byłam, nigdy nie umiałam być fałszywą dla swojego kraju – mówi była więźniarka obozu Ravensbrück – Buchenwald.

Nie wszystkich od razu mordowali. By stworzyć potęgę III Rzeszy Niemcy potrzebowali milionów rąk do pracy. Narody podbitych ziem nadawały się do tego lepiej niż ktokolwiek inny. Całe transporty Polaków były wysiedlane i wysyłane do pracy za zachodnią granicę. – Byłam wysiedlona razem z rodzicami w 1940 roku do Niemiec. Wysiedlali te większe gospodarstwa i na to nasze gospodarstwo przychodzili Niemcy. Niemcy gospodarowali, Polacy byli u nich parobkami. Mieli ludzi za darmo – wspomina Stanisława Łypaczewska mieszkająca przed wojną w podkobylińskich Łagiewnikach. Tak się zaczęła wojenna tułaczka, wysiedleni Polacy odwiezieni zostali do Łodzi, skąd dalej ruszały kolejne transporty tam, gdzie akurat było zapotrzebowanie na pracowników.

Na roboty do Niemiec
Każdy, kto mógł, od razu trafiał do pracy. – Miałam pięciu braci i dwie siostry. Cała rodzina razem. Wszyscy od razu do pracy szli, tylko mama nie szła, bo szef nie wiedział, co zrobić. Tu jest nas liczna rodzina, ktoś musi dawać jeść, to mama gotowała nam obiady, nie poszła do pracy – wraca pamięcią pani Stanisława. Miała wówczas 18 lat, początkowo pracowała w polu. – Później, ponieważ ojciec znał język niemiecki, prosił szefa, żeby mnie wziął gdzieś do kuchni, a nie w polu. Myłam garnki, szyby, wszystko, co było w kuchni do roboty najgorszego.
Z dala od ojczyzny nie zapominali jednak o ukochanej ziemi i domu, którego nic nie może zastąpić. Byli ciekawi każdej informacji dotyczącej losów kraju i najbliższych, którzy nierzadko znajdowali się z dala od rodziny. – Tam było dużo Polaków, i ja między innymi miałam dostęp do słuchania radia z Londynu. Wiadomości, co były mówione, podawałam Polakom. To się w końcu wydało – przyznaje pani Stanisława, więźniarka hitlerowskiego obozu. Nie tylko ten fakt spowodował, że służby bezpieczeństwa zaczęły się baczniej przyglądać młodej Polce. – Chodziliśmy na zebrania, różne się organizowało, nie tylko za słuchanie radia – tłumaczy Stanisława Łypaczewska. – Aresztowali mnie za to, siedziałam sześć tygodni w śledztwie.

Obiecali, że zwolnią
– Jak mnie aresztowali, to wszystko do góry nogami wywracało to gestapo, szukali Bóg wie czego. Gestapowcy wzięli panią Stanisławę prosto z domu, nie było dyskusji, wszelkie prośby i próby przekonywania o niewinności aresztowanej i braku słuszności działania służb na nic się zdały. Pozostali nieugięci. – Tramwajem nas wieźli. Jak przyjechali po mnie gestapowcy, to taką przedmowę wygłosili, że kto ucieknie, będzie rozstrzelany – wraca pamięcią do chwili aresztowania.
Trafiła do siedziby gestapo. – Nigdy tego nie zapomnę – odgrzewa w pamięci bolesne wspomnienia pani Stanisława. – Najpierw byłam w wiezieniu śledczym, sześć tygodni. Raz w tygodniu przyjeżdżało po mnie gestapo, takim czarnym samochodem i raz w tygodniu odbywało się śledztwo, różne wywiady, gadanie, bicie. Do niczego się nie przyznałam, bo w końcu by aresztowali całą rodzinę. Nikogo w to nie mieszałam. Wiedzieli, że my zebrania organizowaliśmy. Nawet musiałam się z tego tłumaczyć, że Polacy powiedzieli, że będą Niemcom głowy ucinać, jak się będzie front zbliżał. 
Ten okres był najgorszy, znacznie trudniejszy od doświadczeń obozowego życia. – Najgorsze było śledztwo. Tam było bicie, porządne bicie. Po prostu bili przez sześć tygodni raz w tygodniu. Po tygodniu na nowo. Po to, żeby się zapomniało, co się mówiło, bo jak się kłamie, to się zapomni. Dla własnej obrony życia nigdy nie zapominałam, co mówiłam. Umiałam bardzo dobrze po niemiecku, wszystko przetłumaczyłam na swoją korzyść. Przeze mnie nikt nie był aresztowany. Oni mi obiecali, że mnie zwolnią, jak powiem wszystko. Ja w to nie wierzyłam, bo na pewno by mnie nie zwolnili. Przeze mnie nikt nie musiał siedzieć. Wiedziałam, że jak się przyznam, to mnie powieszą. Znałam ich metodę.

Więzień polityczny numer 40469
– Po śledztwie do domu nigdy nie zwalniali i dostałam się do obozu. Pracowałam w fabryce amunicji. To był mylny adres. Buchenwald to był specjalny obóz, a to było w mieście Magdeburg. Tam było najwięcej fabryk amunicji i my tam pracowaliśmy – tłumaczy Stanisława Łypaczewska. Cywilne ubranie w jednej chwili zmieniła na obozowy niebiesko – szary pasiak z naszytym na ramieniu purpurowym trójkątem z literą P, co znaczyło, że jest się więźniem politycznym. – Mieliśmy długie pasiaki, letnią porą do kostek, a zimą krótkie do kolan. Gazety kładliśmy na plecy, żeby nie przewiało.
Obóz był ogromny. – Nie wiem ile tysięcy osób. To był duży obóz, baraki drewniane, takie szopy. Jak śnieg padał, to nam na „łóżka” leciało. Na siennikach spaliśmy, mieliśmy jeden koc do przykrycia, poduszka ze słomy pod głowę – mówi pani Stanisława. W obozie pracowała dwanaście godzin dziennie. – O czwartej się wstawało, dwie godziny apel, liczenie, sprawdzanie kto uciekł, kogo brakowało. To trwało bardzo długo. Dwie godziny apel był rano i dwie godziny po pracy – wspomina pani Stanisława. 

Nie sprzedać się za miskę zupy
Niewola, zimno, ciężka praca i ciągły uporczywy głód sprawiały, że kilka łyżek zupy to było największe marzenie. – Głodowe porcje żywnościowe, czarna kawa i czarny chleb – doskonale pamięta Stanisława Łypaczewska więźniarka obozu Ravensbrück – Buchenwald. – Obiad to była miska zupy z suszonych jarzyn, niesmaczna, ale ludzie jedli, bo panował głód. Mogłam dostać miskę zupy więcej, jakbym prowadziła kolumnę do pracy. Pytali, kto zna niemiecki, ja się nie przyznawałam. Byłam patriotką, nie chciałam za miskę zupy mieć lepiej jak inne – z dumą wspomina.
Także w obozie działała na niekorzyść wroga. Gdy tylko mogła wrzucała do transportu błędne łuski do nabojów, przy produkcji których pracowała. – Sabotaż mi groził, ale, że znałam język niemiecki, to się wytłumaczyłam. Za sabotaż kara śmierci była. Pracowaliśmy przy stołach, przebieraliśmy łuski. Trzeba było ilość wykonać, żeby nie było skazy żadnej czy rysy, bo to się uważało za błędy. Raz miałam 26 błędów, to była kara śmierci, ale się wytłumaczyłam. A ja stale im sypałam te błędy, wiedziałam, kiedy, jak.

Nie umiała postąpić inaczej
Pani Stanisława przeżyła, udało jej się wrócić do domu, choć nikt nie wierzył, że jeszcze żyje. – Orientowałam się, że rodzice blisko mieszkają. Zwolnili, uciekłam z transportu. Dwadzieścia kilometrów miałam do domu. Czerwony Krzyż nam przywiózł paczki żywnościowe i je przehandlowałam za cywilne rzeczy, żeby nie mieć pasiaka, bo to się rzuca w oczy. Spotkałam jednego Polaka, co mleko woził do mleczarni. Pytałam czy mnie zawiezie, czy mnie sobie przypomina, zna. Po kryjomu kazałam podjechać pod chlewik, żeby mnie Niemcy nie widzieli. To był 8. maja, bałam się, bo wszystko mogło być jeszcze możliwe. Nikomu się nie pokazywałam, dopiero potem. Wszyscy byli zdziwieni, że wróciłam, że żyję.

 

Artykuł pochodzi z Gazety Krotoszyńskiej nr 37/2008
 

(Magdalena Skowrońska)
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
© krotoszynska.pl | Prawa zastrzeżone